środa, 28 października 2015

Nie daj się oszukać!

Marketingowcy i producenci robią wszystko aby przekonać nas konsumentów do kupienia właśnie ich produktu. Głównie panującą zasadą jest myśl - wszystkie chwyty dozwolone. O nadużywaniu przydomka eko, np. przez firmę Samsung wspominałam już w tym poście. Ale to nie jedyny przykład wykorzystywania mody w celu pozyskania nowych klientów. Kolejnym doskonałym przykładem na to jest opublikowana chyba już przed wakacjami reklama chyba wszystkim znanych płatków Corn Flakes. Nestle Corn Flakes - to samo zdrowie! Chyba każdy wychowany w latach 90 pamięta reklamy w TV, które promowały jedzenie płatków na śniadanie zamiast naszych polskich kanapeczek. Każde dziecko, dzięki reklamie marzyło o jedzeniu właśnie tych płatków na śniadanie. Ale dziś nie o tym. Zapewne Wam, drodzy czytelnicy, w swoim życiu również zdarzyło się zjeść te oryginalne Corn Flakesy. Od lat 90 na polskim i zagranicznym rynku pojawił się wysyp podróbek prawdziwych Nestlowych płatków. Co mógł w takiej sytuacji zrobić producent, aby przyciągnąć uwagę konsumentów do kupienia właśnie jego płatków? Zmienić opakowanie? Zaangażować do reklamy znaną aktorkę która co rano je pyszne płatki?  


Mógł, ale postanowił wykorzystać coś zupełnie innego. Wykorzystał modę - modę na dietę bezglutenową. Osoby będące na takiej diecie wykluczają ze swojego jadłospisu produktów zawierających gluten, czyli: pszenicy, żyta, pszenżyta, jęczmienia. A z czego zrobione są płatki typu Corn Flakes - no właśnie... odkąd pamiętam, zrobione są z kukurydzy. A oznacza to tylko tyle, że od zawsze były one bezglutenowe. 

Ostatnio chodząc po jednym z supermarketów, zauważyłam na dziale z chemią gospodarczą, że na wielu produktach widnieje naklejka "niemiecka receptura", "niemiecka jakość", "wyprodukowane w Niemczech". To kolejne bardzo ciekawe zjawisko - w Polsce panuje przeświadczenie, że jesteśmy częścią jakiegoś spisku dużych firm produkujących chemię domową i, że chemia produkowana na rynek niemiecki, jest lepsza. Czy to prawda? Jest wiele badań obalających tą tezę. Co więcej produkty takie jak proszek do prania, dostosowane są np. do jakości wody w danym Państwie i w takim przypadku te niemieckie mogą dawać gorsze efekty niż te zakupione w Polsce. Ale marketingowcy doszli do wniosku, że wiele osób o tym nie wie, i jedną małą naklejką na produkcie, uda im się przyciągnąć sporą ilość par oczu, właśnie do ich produktu. Bo niemiecka jakość to marka sama w sobie, pomijając oczywiście ostatnią globalną wpadkę marki Volksvagen.
żródło: www.jedzpij.pl

Na blogu już niejednokrotnie zachęcałam czytelników do czytania składu wszystkich produktów, które planujemy kupić. Ciekawym zabiegiem marketingowym opierającym się, kolejny raz na modzie, jest tak zwana "magia olejowania". O co chodzi? Otóż trend ten utrzymuje się już Polsce od kilku lat. A wszystko zaczęło się od oleju kokosowego, a zaraz za nim dzielnie kroczył olej arganowy. Olej kokosowy - bardzo uniwersalny kosmetyk, o którym nie raz już pisałam. Jednak dobrze jak to jest naturalny olej kokosowy, najlepiej w wersji virgin, a nie dodatek lub składnik kosmetyku. Często producenci deklarują, że "świetne efekty uzyskasz dzięki mocy olejku arganowego". Jednak gdy przeczytamy skład, okazuje się że olejek ten znajduje się w kosmetyku, ale w niewielkich ilościach. Skąd mamy to wiedzieć? Na szczęście często w składzie podana jest procentowa zawartość danego składnika. Jeśli nie, musimy pamiętać o zasadzie - co stoi na pierwszym miejscu w składzie, tego składnika jest najwięcej, każdego kolejnego coraz mniej. Więc jeśli znajdziemy olej dajmy na to arganowy, na trzecim miejscu od końca składu, możemy być prawie pewni, że do całego słoiczka kremu dodano może 2 krople olejku. Oczywiście nie wszyscy producenci tak postępują, ale warto czytać składy.

Takich przykładów jak powyższe jest na rynku mnóstwo. Dlatego kupujmy świadomie - czytajmy składy, nie ulegajmy modzie, a jeśli już chcemy jej ulec, wybierajmy produkty, które na prawdę zawierają składniki na których nam zależy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz